Subiektywne Recenzje

  • czwartek, 28 lutego 2008
    • The Cranberries - "No Need To Argue" (1994)




      1.Ode To My Family
      2.I Can't Be With You
      3.Twenty One
      4.Zombie
      5.Empty
      6.Everything I Said
      7.The Icicle Melts
      8.Disappointment
      9.Ridicolous Thoughts
      10.Dreaming My Dreams
      11.Yeat's Grave
      12.Daffodil Diament
      13.No Need To Argue

      Słucham ostatnio mnóstwo muzyki.A to z prostej przyczyny.Choruje trochę,a moje zwolnienie lekarskie przciagnęło się już do ponad miesiąca.Dodam tylko maleńką radę dla wszystkich.Wyleczajcie grypy,anginy do końca.Łatwo nabawić się złośliwych bakterii...:)
      A teraz o bohaterce dnia czyli The Cranberries.Oficjalnie nie było ogłoszenia rozwiązania grupy,więc The Cranberries istnieje.Rok temu Dolores wydała swą solową płytę,która przeszła bez echa.A przecież to sympatyczny był album...
      To takie oczywiste napisać o ich najpopularniejszym albumie "No Need To Argue".Do dziś rozeszło się ponad 16 mln.egzemplarzy!.Album niosą przeboje.Hmm....?. Uwielbiam te stwierdzenie...."Zombie" dla wielu stał się hymnem życia.Tak samo poruszający "Ode To My Family".Dużo pieknych,nastrojowych kompozycji buduje zadumany klimat.To co było wadą debiutanckiego albumu,tutaj jest zaletą.Choć "Linger" i "Dreams" świetnie bronią się do dziś! Wracając do "No Need To Argue"...Jest parę nagrań,które łapią za serducho."Empty" ze smutnym,poruszającym głosem Dolores."Everything I Said" w rytmie kołyszących się zefirowych liści."Disappointment" jakbyśmy kogoś w życiu zawiedli...Właściwie każde nagranie ma swój osobisty urok.Bardzo lubię "The Icicle Melts" czy chwytliwy "I Can't Be With You".Warty wspomnienia jest też "Ridicolous Thoughts",który w pewnym momencie skręca w taki niby refren,który bardzo mnie kręci.No a na koniec pieśń o  przewrotnym tytule - Nie ma powodu do narzekań! No i rzeczywiście,to album z 13 powodami do nienarzekania! Z tą małą płetną zostawię was mając nadzieję,że zachęciłem niektórych do przypomnienia sobie o tym albumie:)

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      danielkaszuba
      Czas publikacji:
      czwartek, 28 lutego 2008 14:48
  • środa, 27 lutego 2008
    • The Cure - "Disintegration" (1989)




      1.Plainsong
      2.Pictures Of You
      3.Closedown
      4.Lovesong
      5.Last Dance
      6.Lulaby
      7.Fascination Street
      8.Prayers For Rain
      9.The Same Deep Water As You
      10.Disintegration
      11.Homesick
      12.Untitled

      Oto kolejny album,który mną zawładną w ostatnich dniach.Głównie za sprawą Pawła z bloga "RateMyMusic" z którym gawędze na GG o muzyce.Drugi powód zapewne jest oczywisty.Niedawne koncerty The Cure w Polsce.Aż dziw bierze,że są nadal u nas tak bardzo popularni.Są miejsca gdzie trochę o nich zapomniano...
      To nie jest zespół,który coś zmienił w moim życiu,ale napewno towarzyszy mi od samego początku mej świadomośći muzycznej.Starszych znajomych siostry łatwo można było odróżnić po wyglądzie.Jedni słuchali Depeche Mode,a drudzy The Cure.Era pirackich kaset magnetofonowych i ich kopiowanie miało swój urok.No ale nasz kraj dopiero zaczynał wychodzić z wielkiego kryzysu i również powoli dostęp do muzyki zaczął być coraz łatwiejszy.Kończyły się lata 80-te,a ludzie zaczeli żyć nową nadzieją na lepsze jutro.To wszystko było jednak obok mnie,bo rodzice nie dali mi odczuć smaku paranoicznego ustroju,który miał się lada dzień zmienić....Ludzie wychowani na Liście Przebojów Pr.3 to jedna rodzina...
      Kolejne poważne me zetknięcie z grupą The Cure,to był album "Wish".No,ale to najlepiej sprzedający się ich album w całej karierze.Był to też bodziec do sięgnięcia po starsze albumy.I tak zawędrowaliśmy do albumu "Disintegration" w którym zasłuchuję sie ponownie po wielu,wielu latach.Przez te długie lata podpierałem się albumem "Galore",a i tak kurz na nim spory już...
      Oczywiście album niosą wielkie kompozycje,które były przebojami. "Lulaby","Lovesong","Pictures Of You".To perły geniuszu.Klasyki!Dziś jednak uważam,że wszystko co najważniejsze na tym albumie,to pieśni od "Fascinating Street" włącznie.Mnóstwo syntezatorów i głębogich gitar w połączeniu z niby sekcją symfoniczną.To "Prayers For Rain".Zadumany "The Same Deep Water As You" kołysze niezwykle,a po nim tytułowy "Disintegration",którego szczerze ubóstwiam od paru dni.Jakby miał się stać dla mnie najważniejszym fragmentem płyty!Cudeńko! "Homesick" z pięknym fortepianem rozrasta się powoli i dopiero Roberta słyszymy w trzeciej minucie nagrania."Untitled" kończy nastrojowo ten przejmujący album.Jest w nim taka niepokojąca linia melodyczna śpiewana przez Roberta,która intryguje i nie daje mi spokoju.Chce się posłuchać jeszcze raz i jeszcze raz.Takie mam wrażenie na koniec.
      Dziś śmiało zestawiam ten album w 20 moich albumów wszechczasów!No i chyba poraz pierwszy będe czekał z niecierpliwością na ich nowy album:)

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      danielkaszuba
      Czas publikacji:
      środa, 27 lutego 2008 16:56
    • Genesis - "Calling All Stations" (1997)




      1.Calling All Stations
      2.Congo
      3.Shipwrecked
      4.Alien Afternoon
      5.Not About Us
      6.If That's What You Need
      7.The Divinding Line
      8.Uncertain Weather
      9.Small Talk
      10.There Must Be Some Other Way
      11.One Man's Fool

      Wracam do tej płyty ostatnio dość często...Zanim parę zdań o niej muszę uporządkować kilka myśli o Genesis.Tak...wolę Genesis z Philem Collinsem na wokalu.No,ale nie miałbym nic na przeciw by na wokal wrócił Peter Gabriel,a Phil zasiadł za bębnami.Jak już wiemy udana reaktywacja odbyła się bez tego pierwszego,a ten drugi powrócił do zespołu po ponad 10-letniej przerwie...
      W 1996 roku Phil Collins ogłosił rozstanie z grupą,a pozostali członkowie juz myśleli o nowej płycie.Poszukiwania nowego wokalisty zatrzymały sie na niejakim Ray'u Wilsonie,który wcześniej wylansował przebój z grupą Stilskin-"Inside".Problem tkwił jeszcze w zaangażowaniu perkusisty.Za bębnami usiedli mniej znani Nir Zidkyahu oraz Nick D'Virgilio.Pomysłem na płytę był powrót do progresywnych korzeni.Ów pomysł coprawda udał się jedynie w połowie,ale to nie zarzut.Choć dla wielu ta płyta była rozczarowaniem.Paradoks tej płyty polega na tym,że z biegiem czasu zyskała uznanie,choć sprzedaż była na tyle kiepska,że po dość udanej trasie koncertowej,zespół jednak zawiesił działalność.
      Głos Raya Wilsona wpasował się idealnie w progresywne klimaty.Choć nie brak tutaj poprostu chwytliwych,rockowych przebojów.I na tym skupia się siła tej płyty.Na naprawdę dobrych kompozycjach!"Calling All Station"-perła na otwarcie.Najlepsza rzecz na płycie.Niczego też nie brakuje nagraniu "Congo",a "Not About Us",to juz czysty materiał na przebój,który przebojem się jednak nie stał.Dużą rolę odgrywają przestrzenne klawisze.Uwielbiam "If That's What You Need".Kawałek w stylu Collinsa w którym klawisze trzymają cały utwór.W "Divinding Line" perkusja gra jakby walił w nią Phil! Zanim da głos Ray minie dwie minuty.Nagranie trwa osiem.Super."Uncertain Weather",to kolejna udana pieśń w zadumanym stylu płyty "We Can't Dance". "There Must Be Some Other Way" to taki typowy średniak gdzie zwrotka bardziej mi się podoba niż refren.A kończący "One Man's Fool" poprostu mi się podoba,bo znowu klawisze unoszą nagranie,a perkusja znowu brzmi jakby Phil trzymał pałeczki.A wszystko trwa prawie 9 minut.
      Ta płyta jednak nie sprawiła,że sięgam po każdą płytę solową Raya Wilsona.Myślę,że nie tylko ja tak mam.Więc wnoski i przemyślenia pozostawiam każdemu z osobna do rozważenia.A Genesis zawsze pozostanie gigantem rocka na którego koncerty będą walić drzwiami i oknami.

      Szczegóły wpisu

      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      danielkaszuba
      Czas publikacji:
      środa, 27 lutego 2008 11:57

Autorzy

Kanał informacyjny